Zwierzęta niektórych pisarzy

Tekst ten dedykuję AN-ULI.

Jej  ostatni komentarz na tym blogu otrzymał numer 2222. An-Ula jest jedną z nielicznych osób, które  są ze mną od samego początku, tzn. od czasów przed-blogowych /gdy umieszczałam swoje teksty w różnych miejscach w internecie/. Na dodatek An-Ula komentuje każdy mój tekst. No …. może tylko raz albo dwa nic nie wpisała…. ale wiem, że czyta wszystko… co nagryzmolę.

Bardzo Ci dziękuję Anusiu!!!

———————————————————————————————————————

W ostatnim numerze kwartalnika „Pisarze” z rewelacyjnego tekstu Małgorzaty I.Niemczyńskiej wyczytałam że:

1. Angielski przedstawiciel romantyzmu Lord George Byron kupił sobie niedźwiedzia i mieszkał z nim w akademiku w Cambridge. A to wszystko dlatego, że nie można było tam trzymać psów, a o niedźwiedziach nie było żadnej wzmianki. W późniejszych latach w swojej posiadłości w Newstead Abbey mieszkał natomiast z wilkiem, żółwiem, końmi, jeżem, kotami i małpami.
2. Amerykański pisarz John Steinbeck miał pudla, którego nazwał Charley. Był z nim bardzo związany. Zabrał go w 3-miesięczną podróż po USA. Pokonali 15 tysięcy km i spali w przyczepie campingowej. Pisarz opisał tę podróż w książce: „Podróże z Charleyem. W poszukiwaniu Ameryki”.
Inny pies – seter irlandzki Toby zjadł kiedyś Steinbeckowi jedyny rękopis „Myszy i ludzi”. Podobno pisarz przyjął to ze spokojem, uznając, że zwierzak zadziałał jako recenzent literacki.
3. Z kolei zwierzę literackiego noblisty i premiera Winstona Churchila było bardzo upolitycznione. Jego pudel Rufus I asystował przy podpisywaniu Karty Atlantyckiej. Poznał się wtedy z Falą- szkockim terrierem prezydenta Roosvelta.
Z kolei rudy, pręgowany kot Jock leżał zawsze w fotelu podczas wojennych narad w gabinecie premiera, a błękitno-złota ara Charlie rzucała ze swej klatki przekleństwa pod adresem nazistów.
Premier Churchil miał też lamparta, świnie i łabędzie. Z niektórymi z tych zwierząt chodził podobno na wybory.
4. Mark Twain zwykł mawiać: „Gdyby człowieka skrzyżować z kotem, skorzystałby na tym człowiek, a stracił kot”. Ale nie tylko on miał kota. Mieli go także: Michale de Montaigne /jego kotka nazywała się Pani Próźność/ , George Sand /nie rozstawała się z kotką Minou/, Charlotte Brónte. Ernest Hemingway miał koty sześciopalczaste.
Kotkę o imieniu Schyzia miał nasz Witkacy. Była mu tak bliska, że aż wydał następujące oświadczenie: „Przeczę przy sposobności, jakobym żył płciowo z moją syjamską kotką i jakoby nierasowe kocięta z niej zrodzone były do mnie podobne”.
Z kolei współczesny poeta Ryszard Krynicki w pewnym okresie życia miał nawet siedem kotów.
5. Poetka Maria Pawlikowska-Jasnorzewska uwielbiała wiewiórki. Najpierw miała wiewiórkę o imieniu Sorek /czyli to był wiewiórek/, następny to był Florek. Florek podróżował z poetką do Zakopanego, a nawet do Nicei. Florek lubił szczotkowanie, jadał rogaliki i popijał mlekiem, a wierszy słuchał złożywszy łapki na brzuchu. Niestety, Florek zginął tragicznie przytrzaśnięty niechcący drzwiami przez siostrę poetki – pisarkę Magdalenę Samozwaniec. Doczekał się wiersza, w którym poetka opisywała jego śmierć.
6. Jerzy Giedrojć skupił koło Paryskiej Kultury nie tylko wspaniałych pisarzy, ale też kolejno: cztery cocker-spaniele, kota Żółtka, dzikie kaczki, papużki, jeża i koguta. Ten ostatni zwany był Kogutem i sypiał na drzewie. Niestety, został pożarty przez spaniela o imieniu Faks.
7. Zamieszkały w Beskidzie Niskim pisarz Andrzej Stasiuk hoduje barany i owce. Osobiście je wypasa rozmawiając przy okazji z nimi o Polsce. Kilka lat temu wzbudził kontrowersje nazywając jednego z nich Smoleńsk. Tłumaczył, że to jego wkład w upamiętnienie katastrofy.
8. Olga Tokarczuk tak mówi o swojej suczce Ninie: „Jej ojciec był utracjuszem i postrachem okolicy, ona jest aniołem. Kultura osobista, takt, uważność wręcz buddyjska, delikatność. Cywilizuje nas, buduje rodzinę, dba o harmonogram pracy. Zwraca ogromną uwagę na rodzinne rytuały…. Czasami czuję się przy niej jak zadufany w sobie barbarzyńca”.
9. W eleganckich kamienicach w centrum Krakowa /tuż pod Wawelem/ mieszkał Stanisław Wyspiański. Razem z nim mieszkała koza żywicielka. Przyprowadziła ją ze wsi jego żona chłopka Teofila, by mieć świeże mleko dla męża i dzieci.
Może dlatego /według anegdoty/ wisiała u nich na drzwiach wejściowych kartka z napisem: „Tu mieszka Wyspiański i prosi, żeby go nie odwiedzać”.

10. A teraz prośba – napiszcie czy macie jakieś zwierzęta. A jeśli tak, to jakie mają dla Was znaczenie.
Ja – jak niektórzy z Was wiedzą miałam przepiękną i bardzo mądrą suczkę Lassie. Poświęciłam jej tekst pt: „Jej portret”.

  78 comments for “Zwierzęta niektórych pisarzy

  1. 21 kwietnia 2017 o 06:58

    A ja nie pamiętam, abym któregoś postu nie skomentowała. Bardzo Ci dziękuję za dedykację, Jagódko :)))
    Różne te zwierzęta cieszyły pisarzy, nie zazdroszczę. Ani kozy, ani lamparta. Nawet kota nie zazdroszczę. Jestem zdeklarowaną psiarą i tego się trzymam. Po odejściu w ubiegłym roku cudnej bokserki Kamy, dostaliśmy niemniej cudną Larę. Obie nasze sunie to kochające i kochane przez nas serducha. Pięć kotów nie potrafi się tak łasić jak jedna Lara.
    Serdeczności zostawiam, Jagódko :)

    • ~Stokrotka
      21 kwietnia 2017 o 07:01

      Jeśli wszystkie moje teksty komentowałaś to należy Ci się dodatkowa nagroda!!!
      :-) :-)

  2. 21 kwietnia 2017 o 07:12

    No że Witkacy miał Schyzię, to ja się nie dziwię ;-)

    • ~Stokrotka
      21 kwietnia 2017 o 13:32

      Bo też był on wyjątkowo szurnięty!!!
      :-)

  3. 21 kwietnia 2017 o 07:12

    Dziwactwa „wielkich” i wielkich – możliwe zazwyczaj po osiągnięciu wysokiego poziomu finansowego i obliczone na reklamiarstwo lub zaspokojenie własnej próżności rozumianej jako oryginalność. Nie sądzę, by zdziwiło mnie coś poniżej hodowli w „przydomowym” basenie płetwala błękitnego lub orki… No może jeszcze adopcja yeti…
    Pozdrowienia ślę…

    • ~Stokrotka
      21 kwietnia 2017 o 13:33

      Myślę Lordzie, że niejedna kobieta ma w domu takiego yeti!!!
      :-)

  4. 21 kwietnia 2017 o 07:22

    A Kaligula miał konia Incitatusa, którego zamierzał zrobić nawet konsulem. Tym samym zdeklasowałby kota i psa Churchilla.

    Ja zaś mam kotę, którą nasz syn nazwał Puśką. Jest to jedno z mądrzejszych stworzeń jakie miałem, a było tego trochę. Inna sprawa, że choć lubię zwierzaki, to nigdy nie traktowałem ich z takim umiłowaniem jak niektórzy, co sprawiało że patrzyłem na nie trochę z dystansu.

    • ~Stokrotka
      21 kwietnia 2017 o 13:34

      Bo jednak inaczej patrzy się na własnego pieseczka czy koteczka czy na cudzego obrzydliwego kundla albo wyliniałego kota:-))

  5. 21 kwietnia 2017 o 07:40

    Oczywiście, jak każdy z Wielkich, mam zwierzaka :)))) Tak poważnie, to mieszka z nami kot Fiodor – podlaski znajda. Teraz zrobił się nieco miejski, ale wkrótce to ukrócimy, gdyż zacznie z nami jeździć w teren. Przyznaję, że kot, to było ostatnie zwierzę, z którym chciałem zamieszkać. Szkoda było go jednak zostawić, a nikt inny go nie chciał. Ironią losu jest w tym wszystkim to, że Fiodor miał być kumplem gŁosia, a moim sublokatorem, a jest odwrotnie i to nie my o tym zadecydowaliśmy :)))) PS. Ciekaw jestem, czy w dalszym ciągu istniej linia Rufusowo-Falowa?

    • ~Stokrotka
      21 kwietnia 2017 o 13:35

      No niestety o linii Rufusowo-Falowej historia milczy!!
      :-):-)

  6. ~Marek
    21 kwietnia 2017 o 08:25

    My z naszą psinką śpimy, jemy i kąpiemy się!!!!!!!!!
    :-) :-) :-)

    • ~Stokrotka
      21 kwietnia 2017 o 13:37

      Rozumiem, że śpicie razem z psem, bo my też wszyscy spaliśmy z Lassie.
      Ale jeśli chodzi o jedzenie i kąpiel to czy jedliście z jednej miski i kąpaliście się razem w wannie???
      :-) :-) :-)

  7. 21 kwietnia 2017 o 08:45

    Nie piszę, teraz nie mam zwierzątka,a tu u Ciebie chciałem zaistnieć. Powiem tylko, że ponad pół wieku z różnymi zwierzątkami żyłem za pan-brat, że je cenię i szanuję. Bywało, że nieraz i łezkę uroniłem. Dzisiaj w klatce w bloku są dwa pieski, duży i mamy, obydwie dziewczynki, też się znamy i przyjaźnimy. To byle, dziękuję – hau, hau, hau – pozdrawiam. :)

    • 21 kwietnia 2017 o 08:51

      … jest: „duży i mamy” … winno być : „duży i mały” …
      Duży to Tajga, mały Dżaga.
      Przepraszam, pozdrawiam. :)

      • ~Stokrotka
        21 kwietnia 2017 o 13:39

        Tak też myślałam Jędrusiu.
        :-)

    • ~Stokrotka
      21 kwietnia 2017 o 13:38

      To Ci też odpowiem hau hau i miau miau!!!

      • 22 kwietnia 2017 o 20:25

        „Hau-Miau” to nazwa kliniki dla zwierząt w moim Staszowie. Robili tam operację mojej kotce – co opisałem na blogu. Udaną operację. Żyła po tym kilka lat i miała się całkiem dobrze.
        Miałem też psa wilka, który porzucony przez kogoś na pobliskim parkingu wybrał sobie mnie, a właściwie moją działkę i tu pozostał. Obydwa zwierzaki odeszły w ub. roku i żyjemy bez zwierząt, chociaż kotów mamy kilka, bo sąsiadka ma ich sporo.
        Lubimy zwierzęta i przeczuwam że kiedyś…
        A przy okazji zapytam:
        - Czy blogerzy też mają zwierzęta ?

        • ~Stokrotka
          22 kwietnia 2017 o 20:28

          No pewnie że mają.
          Wychodzi na to, że prawie wszyscy.
          Dziękuję za wizytę.
          :-)

  8. 21 kwietnia 2017 o 08:56

    A ja ostatnio coraz częściej myślę o tym, jak fajnie byłoby mieć takiego kogoś, kto nie oszukuje i nie zdradza. Psa, znaczy :) Bardzo mnie ta wizja kusi, ale chyba jednak nie dałabym rady się nim opiekować. Gdybym miała ogród, nie wahałabym się ani chwili.
    Pamiętasz może tytuł tego wiersza Jasnorzewskiej?

    • ~Stokrotka
      21 kwietnia 2017 o 13:43

      Niestety, nie wiem o jaki wiersz to chodzi ale Maria Pawlikowska-Jasnorzewska tak miała napisać: „Już się wiewiórka po ziemi wlecze, zmoczona z krzyża wytrysłym mleczem, a piękny ogon płomyk borowy uwiądł tragicznej pełen wymowy”.
      :-)

  9. 21 kwietnia 2017 o 09:09

    Kiedyś miałam zwierzęta różne. Ukochaną jamniczkę -Agatkę i kochaną kotkę Baltazar. Walldorf miał Jamnika Puzona.
    Teraz nie mam bo wydaje mi się ,że jednak zamknięcie zwierzęcia w bloku i podrzucanie go znajomym w razie wyjazdu to jest obciążenie dla zwierzaka i dla mnie.
    Ale -wszystko przed nami – lata lecą :))
    Tak naprawdę – uwielbiam koty chociaż do piesków też nic nie mam..

    • ~Stokrotka
      21 kwietnia 2017 o 13:44

      My przez 14 lat nigdy nie wyjeżdżaliśmy wszyscy razem, właśnie ze względu na naszą Lassie.
      :-)

  10. ~anabell
    21 kwietnia 2017 o 09:21

    Miałam szorstkowłosego karłowego jamnika , Flika. Pies cudny, przemądry, od pierwszej minuty bycia z nami do swego ostatniego tchnienia był dla całej naszej trójki najważniejszy pod Słońcem. Jezdził ze mną wszędzie siedząc grzeczniutko na fotelu obok kierowcy. Zwiedził z nami kawałek Europy.Nie wiem co prawda czy zwiedzane wnętrza podobały mu się, ale siedział grzecznie na rękach. We wszystkich kawiarniach i restauracjach siedział grzeczniutko pod stołem kładąc mordkę na moich stopach. Wszędzie dostawał świeżą wodę, a w jednej z restauracji pan kelner przyniósł kocyk, żeby piesek nie leżał na zimnej, marmurowej podłodze. Nigdzie za naszą zachodnią granicą nie usłyszałam, że pies jest „obiektem niepożądanym” w restauracji lub kawiarni.
    Był bardzo mądrutki i do dziś jest wspominany przez różne „psiary” z mego osiedla. Był z nami 16,5 roku i oboje z mężem twierdzimy, że był to najmilszy okres naszego życia.
    Od chwili jego odejścia tęsknię za nim wciąż- za NIM, nie za jakimś psem. I żeby wszystkich zgorszyć to przyznaje się, że jezdzimy na jego grobek kilka razy w roku- na groby rodziny najwyżej raz w roku. Wiem, wiem, mam świra.

    • ~Stokrotka
      21 kwietnia 2017 o 13:47

      Aniu – mnie nie zgorszysz bo przecież nasza Lassie też w Koniku Nowym leży… i to pewnie niedaleko Twojego Flika.
      Więc ja też mam świra.
      :-)

      • ~anabell
        21 kwietnia 2017 o 20:06

        Tam przyjeżdżają sami sympatyczni ludzie, którzy uśmiechają się do każdej spotkanej osoby – rzecz kuriozalna na tej szerokości geograficznej.
        Niektórzy przyjeżdżają z następnym zwierzątkiem i półgłosem opowiadają mu o tym, które tu odpoczywa. Jedna z pań przyjeżdża zawsze z turystycznym fotelikiem i w lecie spędza przy grobie swego pupila kilka godzin czytając książkę.
        To takie magiczne miejsce, ten cmentarz.

        • Stokrotka
          21 kwietnia 2017 o 20:08

          Powiedziałabym nawet że to jest taki wesoły psi cmentarzyk. /chociaż koty tam też są i podobno nawet jeden koń i jeden wąż – tak nam mówił 9 lat temu właściciel/.
          :-)

  11. 21 kwietnia 2017 o 09:36

    Jedna szlachetnie urodzona i zrujnowana dziewica wołała – Krokodyla daj mi luby! A Księżna Pani u J. Haszka miała tasiemca… Nie chciała się bowiem pospolitować z tymi „gorszego sortu”, co to pieski-kotki-myszki-chomiki-króliki. Noblesse oblige czy jakoś tak…A ja hoduję drożdże. Strasznie pracowite zwierzątka i lubią cukier.
    Zapraszam na coś smacznego na rozgrzewkę!

    • 21 kwietnia 2017 o 09:39
      • ~Stokrotka
        21 kwietnia 2017 o 13:49

        No proszę – i bimbrownik mi się na blogu trafił!
        :-)

    • 21 kwietnia 2017 o 09:46

      Niechaj żyje „Bitwa pod Grunwaldem”, Bimbrusiu!!!

      • ~Stokrotka
        21 kwietnia 2017 o 13:50

        Klaterku – zupełnie nie wiem o co biega, ale niech żyje!!!
        :-)

      • 21 kwietnia 2017 o 19:14

        Która? Od Jagiełły czy Samsonowa-Hindenburga?

        • ~Stokrotka
          21 kwietnia 2017 o 19:19

          Rozumiem, że musiałabym włączyć w dyskusję osobistego historyka, ale niestety nie ma go w pobliżu.
          Pozdrawiam,

    • ~Stokrotka
      21 kwietnia 2017 o 13:48

      No to Ty bardzo poważną hodowlę masz Bimbrovnikusie.
      :-)

  12. 21 kwietnia 2017 o 09:44

    „Dla jed­nych ludzie to Ludzie,
    dla in­nych człowiek, to Gad, Płaz, Ro­bal, Wiep­rz i in­ne zwierzęta.
    Bóg nas wszys­tkich na swe po­dobieństwo stworzył.
    Szko­da, że nie każdy /wierzący/ o tym, pamięta.”. (anonimowe z sieci).

    Przyznam Ci się, Stokrotko, do jednego z mych dziwactw. Otóż, nie chcę mieć nic wsólnego z ludźmi (nawet wtedy, gdy mogę ubić niezły interes), którzy nie kochają zwierząt!
    Sam tuliłem i opłakiwałem dwa pieski, trzecia sunia – dwulatka Tola na szczęście ma się rewelacyjnie!
    Parę dobrych lay temu kochałem strasznie i to z niesamowitą wzjemnością szcurcię Ziutkę.
    Mój syn Kuba ma dwumiesięcznego szczurka Jurka, którego również bardzo, bardzo kochamy (też z wzajemnością!) .
    ściskam niemożebnie i zapraszam do mnie na Śniadanie Mistrzów

    • ~Stokrotka
      21 kwietnia 2017 o 13:50

      Pamiętam Klaterku jak ładnie pisałeś o swojej psince.
      Wpadnę, oczywiście.
      :-)

  13. 21 kwietnia 2017 o 10:04

    1. Trzy koty wyprowadziły się z córką. I dobrze, bo to już była pewna ostentacja. Wiekowy pies pozostał z nami.
    2. Najwięcej zwierząt spotykam latem, kiedy jeżdżę tramwajami. Prawie zawsze obłażą mnie pchły, co jest żywym dowodem na to, że nasz lud (czy Suweren, jak kto woli) zwierzęta lubi i nie wyobraża sobie bez nich życia.
    Pozdrawiam

    • ~Stokrotka
      21 kwietnia 2017 o 13:51

      ad.2 – a może te pchły to nie są psie tylko ludzkie?
      :-)

  14. 21 kwietnia 2017 o 10:50

    Jeśli będe miała kiedyś kotkę, dam jej na imię Schyzia, bo bardzo to piękne i pasujące do kota imię. Póki co zwierzaków nie mam, bo musiałyby za dużo siedzieć same. Moja kumpela ma papugi, a moje dzieci mają koty. I rybki, oraz ziec hoduje krewetki. Na razie mu stale padają…

    • ~Stokrotka
      21 kwietnia 2017 o 13:52

      Schyzia to naprawdę rewelacyjne imię dla kotki!!!
      :-)

  15. 21 kwietnia 2017 o 11:16

    Ależ wyszukałaś ciekawostki ;-) Ja w tej chwili bez zwierzaka, ale miałam dwa psy, rybki, papużki faliste, żółwie czerwonolice, 3 chomik i pająki w kątach…
    Gdy zdechł ostatni chomik mój mąż zakazał zwierzaków w domu, bo po śmierci każdego ryczę i chodzę struta długoooo :-(
    Na emeryturze na pewno wrócę do zwierzyńca ;-)

    • ~Stokrotka
      21 kwietnia 2017 o 13:53

      Czasami ciekawostki same mi wpadają w oko…
      A jesli chodzi o pająki to też je mam…
      :-)

  16. ~maskakropka2
    21 kwietnia 2017 o 11:48

    Dodam, jeśli pozwolisz, że wielbicielem kotów był Bohumil Hrabal. Jego ulubiona kotka miała na imię Auteczko. Miłość do tych zwierząt stała się, niestety, przyczyną problemów emocjonalnych, żeby nie powiedzieć psychicznych.

    Przez wiele lat miałam kundzio-jamnika o imieniu Bajbus. Mądra, dobra psina, której odejście było dla mnie na tyle przykrym przeżyciem, że nigdy więcej nie zdecydowałam się na mieszkanie z psem. Po prostu nie jestem w stanie zapełnić pustki po jednym Istnieniu drugim.
    Jakiś czas opiekowałam się malamutem wtedy jeszcze-nie-exa. To było sympatyczne zwierzę, ale niezbyt kumate. Nie umiałam go opanować, a że był silny, to często spacer z nim był wyzwaniem. Szczególnie nie lubił gołębi i psów biegających bez smyczy. Może był zazdrosny o ich swobodę?
    Pierwsze jednak były w naszym domu papużki faliste. Syn nazwał je Kuba i Justyna – na pamiątkę rodzeństwa, które poznał na wakacjach. Miały swoją klatkę, ale zwykle latały swobodnie po mieszkaniu, obdziubywały kwiaty, a czasem żółty ser z kanapek:)
    Zwierzęta są dla mnie domownikami. Po prostu.
    Buziaki:)))

    • ~Stokrotka
      21 kwietnia 2017 o 13:54

      Cudnie to opisałaś Halinko.
      Dziękuję Ci serdecznie.
      :-)

  17. ~Ela
    21 kwietnia 2017 o 11:53

    Niestety, nie mam żadnego zwierzątka.
    Ale może powinnam mieć?
    Może jakiegoś małego pieseczka?

    Bardzo ciekawy tekst Stokrotko.

    • ~Stokrotka
      21 kwietnia 2017 o 13:55

      Sugeruję suczkę, bo one są wdzięczniejsze i bardziej się przywiązują.
      :-)

  18. ~Lena Sadowska
    21 kwietnia 2017 o 12:32

    Witaj, Stokrotko.

    Więc mówisz, że Mark Twain miał kota;)?

    Kiedyś przygarnęliśmy „leśną” koteczkę, nie mając pojęcia, że nie jest sama:)
    Uwierz, że pięć kotów i Motylek zmieniło „nieco” nasze życie.
    Kiedy koty trochę podrosły, rozdzieliliśmy je wśród znajomych i zostały nam dwa.
    Ruda kotka, która wybrała sobie Dziecię, a jej sympatia wyrażała się dzieleniem się z synem muchami, osami, pająkami, które upolowała:)
    Zostało też czarne kocisko, które wybrało sobie mnie. Uczestniczyło w moim porannym piciu herbaty i domagało się gorzkiej czekolady:)
    Motylek naprawdę nazywał się inaczej i był cudownym, ponad stukilowym bernardynkiem,
    łagodnym i wyjątkowo upartym pieszczochem o filozoficzno-wzdychającym usposobieniu:)
    Mieliśmy też króliczka miniaturkę, chomiczki i – raz i nigdy więcej:) – papużki.

    Teraz mamy psiunię odciętą w lesie od drzewa. Wyczynów na swoim kącie ma wiele – między innymi udało się jej w szczenięcym wieku dojeść napoczęty przez Motylka schodek:)

    Pozdrawiam :)

    • ~Stokrotka
      21 kwietnia 2017 o 13:56

      Przecudny komentarz Leno!
      Widać, że jesteście miłośnikami zwierząt.
      Szacunek!
      :-)

  19. ~roksanna
    21 kwietnia 2017 o 12:37

    Dwie suczki, obie wzięte ze schroniska.
    U mnie zawsze były psy, albo od kogoś, albo znajdy…Raz tylko Tata kupił z hodowli pekińczyka, jeszcze jak byłam w podstawówce, jeździł z nami nawet na wczasy, ale w górach źle się czuł.

    • ~Stokrotka
      21 kwietnia 2017 o 13:57

      Bo pies pekińczyk to chyba najlepiej w Pekinie by się czuł!!!
      :-)

  20. 21 kwietnia 2017 o 13:11

    Co do jedynki, to już lepiej by było, gdyby pozwolili mu mieć psa ;D. Niedźwiedź w akademiku, a to dopiero heca! ;D Pani Próżność – niezłe imię dla kotki ;D. Miałam 3 psy, ale to tego pierwszego darzyłam największą miłością, ponieważ się ze mną wychowywał. Były też króliki, z racji tego, że mieszkam na wsi. No i koty, dużo kotów ;D. Koty towarzyszą nam do dziś. Mój tata mówi, że kto nie kocha zwierząt, ten nie kocha sam siebie.

    • ~Stokrotka
      21 kwietnia 2017 o 13:58

      Twój tata ma dużo racji.
      :-)

  21. 21 kwietnia 2017 o 13:29

    Ciekawe ciekawostki. Każdy ma jakiegoś „bzika” ja miałam bzika na tle psów. Miałam kiedyś psa jamnika, żył, aż do śmierci (około 15 lat). A zwał się Aramis, jak dumasowski . Kotów, zaś nie lubię (dlaczego? – nie wiem), jak mój dawniejszy pies.

    Serdeczności.

    • ~Stokrotka
      21 kwietnia 2017 o 13:58

      Moja Lassie też dość długo żyła – 14 lat.
      :-)

  22. ~Malgorzata
    21 kwietnia 2017 o 15:07

    Wspomnialas o Krynickich – przeczytałam w biografii Szymborskie, ze znajomi uważali iż koty Krynickich sa na tyle uprzejmie, ze pozwalają im mieszkac z nimi. Rybki, chomiki, papugi, pies i koty – nie tylko umilają zycie, ale i bezboleśnie ucza dzieci odpowiedzialności. Ostatni mój zwierzak -kotka Yeti – rozumiała wszystko i potrafila wyrazić każdy swój humor.Szkoda, ze slabosc starości wyklucza wzajemna opieke zwierzat i ludzi.

    • ~Stokrotka
      21 kwietnia 2017 o 18:49

      Niezależnie od wieku dobrze jest mieć jakieś zwierzątko.
      :-)

  23. 21 kwietnia 2017 o 15:10

    Mieliśmy suczkę o imieniu Muszka. Teraz nie mamy żadnego pieska. Choć oboje z mężem kochamy psiaki, to nie mielibyśmy sumienia, go gdzieś zostawić, a ze sobą zabrać byłby kłopot. Może kiedyś jak nie będziemy podróżować, to weźmiemy sobie pieska ze schroniska. A na razie to nie możliwe.
    Pozdrawiam:)*

    • ~Stokrotka
      21 kwietnia 2017 o 18:50

      To prawda, że w podróżowaniu zwierzątka trochę przeszkadzają.
      :-)

  24. 21 kwietnia 2017 o 15:14

    Jako młody chłopak miałem rybki, potem jako młody ojciec miałem kanarki, które padły na zawał a potem była moja kochana suczka quasi jamniczka. To co nas połączyło nie pozwala mi się związać z innym psem , bo to na pewno nie będzie to samo.

    • ~Stokrotka
      21 kwietnia 2017 o 18:51

      Ja też swojej suczce obiecałam, że nigdy jej nie zastąpię innym psem.

  25. 21 kwietnia 2017 o 20:00

    Artyści tak jak wszyscy ludzie lubią jednak zwierzęta, bo czasami lepiej się z nimi dogadać niż z ludźmi :-)
    Czekoladowy Joe to kot , który jest obecnie ze mną , ale takiego kota nigdy już nie będę miała, Cudownie się rozumiemy…

    • Stokrotka
      21 kwietnia 2017 o 20:02

      To jesteś szczęściarą…
      :-)

  26. 22 kwietnia 2017 o 06:56

    Najbardziej podobała mnie się nazwa barana Stasiuka. Toż to mistrzostwo tak nazwać. ;) .

    • ~Stokrotka
      22 kwietnia 2017 o 06:58

      Ileż w tym treści i znaczeń – prawda???
      :-)

  27. 22 kwietnia 2017 o 10:15

    Fajne ciekawostki, masz „nosa” do takich rzeczy Stokrotko. Teraz nie mam zwierzaka, boję się, że piec nie byłby szczęśliwy, siedząc po 9 godzin sam w mieszkaniu. A tak u nas niestety jest. Ale na emeryturze na pewno wezmę jakiegoś potrzebującego pomocy. Całą miłość do zwierzaków przerzucam na cudną adoptowaną przez syna i jego dziewczynę Tekilę. Tak wyglądała kilka miesięcy temu http://iwonakmita.pl/im-bardziej-poznaje-ludzi-tym-bardziej-kocham-zwierzeta/ (jest na zdjęciu w środku postu). Pozdrawiam ciepło

    • Stokrotka
      22 kwietnia 2017 o 10:17

      Iwono – dużo czytam więc zawsze coś ciekawego wpadnie mi w oko.
      A psinka u Ciebie prześliczna.
      Dziękuję także za komentarz na pierwszym blogu.
      :-)

  28. 22 kwietnia 2017 o 15:00

    Miałam cudownego kota, imieniem Kocio. Weterynarz który go kastrował, miał duże wyrzuty sumienia. Nie wiem, czy zrobił wszystko jak trzeba. To był największy postrach dzielnicy (kot, nie weterynarz). Robił z nami co chciał. Aż któregoś dnia wyszedł z domu i nie wrócił… Żałoba.

    • ~Stokrotka
      22 kwietnia 2017 o 21:16

      Przede wszystkim witam Cię serdecznie na moim blogu.
      A jeśli chodzi o tego Twojego kota …. to rzeczywiście żal.
      :-)

  29. 22 kwietnia 2017 o 19:47

    Wielce interesujący temat. Szczególnie zadziwia pupilek Lorda Byrona.
    A jeśli chodzi o mnie, to zwierzęta towarzyszyły mi tak mniej więcej w 4/5 mojego żywota. Przez 14 lat (do ubiegłej zimy) towarzyszyła mi perska kotka Margolcia przecudnej urody i mądrości; uosobienie spokoju; bardzo przywiązana tak do miejsca, w którym przyszło jej żyć, jak i też jej opiekunów. Od ponad roku towarzyszką naszego rodzinnego życia stała się Adela, suczka rasy… hm..
    „York biewer a la Pom Pon”, stworzenie o diametralnie przeciwnym charakterze, rozsądnie szczekliwa jak i też, dla przeciwwagi, umiarkowanie skomląca, niezwykle towarzyska… a kiedy wita się ze mną, gdy wracam z podróży… tego opisać się po prostu nie da. Adela gustuje w diecie wegetariańskiej; jej smakołykami są ogórki (także kwaszone), kapusta (głównie biała i włoska), jabłka i marchewka. Obecnie „ufryzowana” na „maltańczyka” (uprzednio styl koreański :-) ) ; reaguje namiętnym szczekaniem na imiona zaczynające się na „A” – w tym moje… i tu rodzi się problem, albowiem będzie na mnie szczekać tak długo, aż nie udam się za nią do pokoju, czy tam gdzie indziej, gdzie ma mi coś do przekazania (najczęściej domaga się pomocy w odnalezieniu jakiejś sztucznej kości, albo któregoś ze swoich miśków, które zagubiła podczas zabawy)… tak że nie sposób się z nią nudzić :-) … pozdrawiam

    • ~Stokrotka
      22 kwietnia 2017 o 21:17

      Czekałam na Twój komentarz, bo pamiętam tę rozpacz po kotce…no i o suczce Adeli też kiedyś pisałeś.
      Dziękuję Ci serdecznie i pozdrawiam.

  30. ~Lidia
    22 kwietnia 2017 o 19:58

    Nie wiem, dlaczego, ale kiedy czytam, że ktoś tam ma małpę w domu, albo jakieś inne dzikie zwierzę, to zawsze wzbudza we mnie niepokój taka wiadomość. Nie wiem, dlaczego. Bynajmniej nie dlatego, iż boję się o bezpieczeństwo „hodowcy”.
    U mnie zawsze koty były i teraz, od dwóch lat mam w domu czarnego, dużego kocura, który zachowuje się trochę jak pies, bo uwielbia spacery na smyczy. I tak z obserwacji twierdzę, że z wszystkich psów w okolicy, to nasz kot ma najdłuższe spacery. A wcale się na nich nie załatwia, bo potrzeby swe zostawia w kuwecie ;)

    • ~Stokrotka
      22 kwietnia 2017 o 21:20

      Pamiętam Lidio Twojego czarnego kota, bo często bywa na Twoim blogu.
      :-)

      • ~Lidia
        23 kwietnia 2017 o 08:47

        Tak :) nie sposób go nie zauważyć :D

        • Stokrotka
          23 kwietnia 2017 o 08:48

          :-)

  31. 23 kwietnia 2017 o 13:12

    Chciałabym mieć niedźwiedzia, tylko duży jest, skubaniec.:)))
    Do tej pory miewałam tylko psy. Trzy ukochane sunie, których już nie ma. Potem psy podwórzowe, mądre i miłe, które mnie zaakceptowały.:))) Teraz mamy jednego przytulaśnego psa podwórzowego. Niezły z niego aktor i cwaniak.:)))
    I po raz pierwszy mamy kota. Pół-domowego, bo na noc agresywnie żąda wyniesienia na dwór.:))) Trochę mnie to zwierzę zadziwia, bo nie znam się zupełnie na kotach. Ale jest taki milusi.:)))
    Do tego moja mama ma u siebie psunię i papużki. Synek ma jeszcze króliczka. Miniaturkę. Oboje marzymy o małym, miłym kameleonie. Serio. Są takie piękne.
    Jakoś nie wyobrażam sobie domu bez żadnego zwierzaka.
    Pozdrawiam serdecznie:)

    • ~Stokrotka
      23 kwietnia 2017 o 19:00

      To Wy macie u siebie takie małe ZOO!!!!
      :-)

      • 23 kwietnia 2017 o 20:54

        Wszyscy lubimy zwierzaki. Chyba najbardziej synek. Gdybym zaczęła wymieniać zwierzątka, które chciał mieć, to by to sporo miejsca zajęło.:)))
        :)

        • ~Stokrotka
          23 kwietnia 2017 o 20:56

          Wyobrażam sobie.
          :-)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *